ANKIETA

Jakie masz hobby?

ZAGŁOSUJWYNIKI

Dla uczniów

Jesteś tu: » Strona startowa » Dla uczniów

Historia naszej okolicy

 

 

I. Banica

Wieś nad Banickim Potokiem, lewym dopływem Białej. Liczy 45 domów.

Najcenniejszym zabytkiem jest drewniana cerkiew. Powyżej cerkwi (na sto­ku przy drodze do Czyrnej) znajduje się cmentarz. Na nim zachowały się dwa nagrobki ozdobione żeliwnymi krzyżami z końca XIX wieku.

Niegdyś istniał tu również cmentarz choleryczny, a w okresie międzywojen­nym, odrębny prawosławny. W tej chwili nie ma już po nich śladu.

We wsi znajdują się dwa ozdobne krzyże żeliwne z przełomu XIX i XX wie­ku. Nad Banica przy drodze do Izb wznosi się zaniedbana kapliczka pochodząca z 1866 roku.

Najciekawsze historie są związane z nieistniejącą już dziś kapliczką św. Anny. Resztki jej fundamentów można znaleźć przy drodze do Śnietnicy około 300 m od skrzyżowania Izby - Banica. Ludzie opowiadają, że w okolicy miało miejsce kilka śmiertelnych wypadków. Najpierw spadła /. wozu i zabiła się córka księdza. Za spokój jej duszy postawiono kapliczkę. Wkrótce na okolicznych bagnach za­padł się wóz z kilkoma mieszkańcami wioski. Zaczęto opowiadać o grasujących tu duchach. Niektórzy słyszeli bijące spod ziemi dzwony. Po wojnie do kapliczki strzelało wojsko. Figurze św. Anny utrącono wówczas głowę. W 1948 lub 1949 roku chłopi przejeżdżając, zawadzili o nią zwożonym drewnem i w len sposób ostatecznie zniszczyli kapliczkę.

 

Zabudowa wsi ciągnie się po obu stronach potoku. Zachowało się tu kilka starych połemkowskich domów (np. nr 40, 26, 13). Niektóre posiadają ozdobne ganki. We wsi można zobaczyć tradycyjne dla tego terenu podcienione stodoły oraz spichlerze-sypańce.

 

Historia

Nazwa wsi pochodzi od nazwy potoku i ma związek z banią, czyli kopalnią. Banica była lokowana w 1574 roku na prawie wołoskim. Dokument z le­je okresu informuje, że biskup krakowski Franciszek Krasiński nadał Iwanowi, synowi Jaśka ze Śnietnicy przywilej założenia wsi. W 1627 roku został on potwierdzony przez biskupa Szyszkowskiego na korzyść Stefana Krenickiego i jego zastępców.

Banica należała do dóbr Kresu Muszyńskiego do roku 1772, później przeszła w ręce rządu austriackiego. Wieś należała do biedniejszych na terenie dawnego Kresu. Łemkowie baniccy chodzili za robotą na Węgry. Tam pracowali na folwarkach i za to przynosili zboże.

W okresie międzywojennym wieś liczyła 88 domów. Oprócz Rusinów była tu jedna rodzina żydowska i jedna cygańska. Żyd prowadził karczmę w dole wsi. Przed wojną przybył do Banicy nauczyciel Polak.

W 1928 roku mieszkańcy wsi powodowani względami materialno-bytowymi zmienili wyznanie na prawosławne. Pozostało 16 greckokatolickich rodzin.

            Prawosławni zbudowali drewnianą czasownię z jedną kopułą (stała ona przed zachowaną cerkwią - nieopodal mostu). Został też założony osobny cmentarz. Pewnej nocy zeszli się prawosławni z Banicy i z Izb i obrabowali greckokatolicką cerkiew. Wzięli część obrazów i dwa z trzech istniejących dzwonów.

            W 1944 roku Niemcy spędzali do Banicy ludność z Tylicza i Krynicy za­trudnioną do budowy okopów koło Izb.

            Po wyzwoleniu w okolicy kryli się Ukraińcy. Czasem schodzili się do wsi po żywność. Przychodziło też polskie wojsko z Tylicza. Jedni drugich bali się. Żołnierze, wiedząc o obecności Ukraińców we wsi, strzelali w powietrze, by wystraszyć ukrywających się. W ten sposób nie dochodziło do konfrontacji.

            W 1945 roku siedem rodzin wyjechało do Związku Radzieckiego.

            W 1947 roku przed planowanym wysiedleniem w ramach akcji „Wisła” wzy­wano każdego chłopa do sołtysa. Tam polecano im podpisywać jakieś dokumenty. Władze tłumaczyły, że chodzi o podatki. Później okazało się, że dotyczyło to wy­siedleń. W przeddzień przygotowywanej akcji były zrzucone ulotki informacyjne. Wysiedlenie przebiegło bardzo sprawnie. Wieś opustoszała w ciągu dwóch go­dzin. Pozostały rodziny mieszane. Wkrótce przybyły rodziny polskich osadników z okolic Nowego Targu oraz dwie osoby z Piwnicznej.

            W 1985 roku, gdy proboszczem był ksiądz Mieczysław Czekaj, parafia otrzy­mała I nagrodę w konkursie Ministra Kultury i Sztuki na najlepszego użytkownika zabytków drewnianych.

 

Dane z innych źródeł

 

I. Banica

Banica (dawn. Banica koło Łęku) - wieś w Polsce położona w województwie małopolskim, w powiecie gorlickim, w gminie Uście Gorlickie. Leży w południowo-zachodniej części Beskidu Niskiego, nad potokiem Banica. dopływem Białej.

 

Historia

 

Jedna z później lokowanych wsi w regionie: przywilej lokacyjny wydał w 1574 r. biskup krakowski Franciszek Krasiński Iwanowi, synowi Jaśka z niedalekiej Śnietnicy. Nazwę wzięła wieś od nazwy przepływającego przez nią potoku. Od początku istnienia do rozbiorów należała ona do „państwa muszyńskiego” biskupów krakowskich, uchodząc w: nim za jedną z biedniejszych. W inwentarzu z 1668 r. zanotowano w niej 22 kmieci gospodarujących na 15 łanach ziemi.

 

Przed II wojną światową Banica liczyła ponad 500 mieszkańców - prawie wyłącznie Łemków. Część z nich wyjechała tuż po ukończeniu wojny na Ukrainę, a większość pozostałych została wysiedlona w 1947 r. w ramach Akcji „Wisła". Po 1947 r. ponownie zasiedlili ją polscy osadnicy, przybyli głównie z Podhala i Sądecczyzny.

 

W latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa nowosądeckiego.

  

Zabytki

 

We wsi znajduje się zabytkowa cerkiew z końca XVIII w., obecnie (od 1947 roku) służąca jako kościół rzymskokatolicki pw. św. Kośmy i Damiana. Parafia należy do dekanatu Ropa. W 1985 roku otrzymała nagrodę Ministra Kultury i Sztuki dla najlepszego użytkownika zabytku drewnianego. Ikonostas pochodzi z 1787 roku. Na południowej stronie nawy obraz świętego Michała Archanioła z 1702 roku. Po bokach skrzydła Carskich wrót.

 

I Banica - historia z innych źródeł

 

Jadę do Banicy. Do księdza proboszcza.

Banica powitała mnie blaskiem trzech kopuł i dachów w kształcie wielkich namiotów. Właściwie, są tu cztery dachy i cztery banie, choć ta czwarta - bardzo mała. Cerkiew otacza niski kamienny murek. Za sanktuarium stoi dzwonnica. To jej dach i bania uzupełniają „wielką trójcę" nad cerkwią.

Banicka cerkiew pod wezwaniem świętych Kośmy i Damiana jest biało - czarna; ściany ciemne jak sutanna parocha, kryte zaś blachą dachy są srebrno - białe. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że w Bielicznej kolory ułożyły się na odwrót; tam dach jest ciemny, szaro - czarny, a ściany białe. Cerkiew w Banicy to klasyczna budowla zachodniołemkowska. Tak podobna do innych, że trudno odróżnić ją od jej sióstr w Leszczynach, Bałuciance, Łosiu, Roztoce, Mochnaczce, Szczawniku... I tak inna!

Groziła jej ruina. Miała jednak szczęście. W parafii pasterzował ks. proboszcz Mieczysław Czekaj. Człowiek wielkiego serca. Cerkiewny miłośnik. To on podniósł z kolan cerkwie w Bielicznej i w Banicy. Doce­niła to nawet ówczesna władza. W 1985 r. Ministerstwo Kultury i Sztuki Polskiej Rzeczpospolitej (jeszcze) Ludowej uhonorowało ks. Czekają i całą parafię nagrodą dla „najlepszego użytkownika zabytków drewnianych”. Cerkiew znajduje się w świetnym stanie. Wewnątrz, perła duchowna

-           ikonostas z 1757 roku. Starszy niż sama cerkiew. Świątynię zbudo­wano trzydzieści lat później. Może ikonostas pochodzi z wcześniejszej banickiej cerkwi? A może rok budowy świątyni jest datą gruntownej prze­budowy starszego budynku? Często tak się zdarzało. Także i ta cerkiew, z  1787 r., była przebudowywana.  Dokonano tego w  1898 r. Wtedy utraciła pierwotny wygląd. Bezpowrotnie. Zyskała wówczas dzwonnicę, którą harmonijnie wkomponowano w całość. „Nowa" cerkiew prezentuje
się znakomicie! Jest prawdziwa...

 

Banica w odróżnieniu od Bielicznej była wsią dużą i ludną. Pierwszy sołtys zapewne musiał wyłożyć sporo pieniędzy, by otrzymać przywilej lokacji. Co lepsze miejsca były w cenie! Na dodatek sołectwo w państwie biskupim nie było dziedziczne. Po śmierci sołtysa, wieś wracała do biskupa. Sołtysi łan otrzymywał wtedy kolejny „kontrahent" za odpowiednią opłatą. I nie było to bynajmniej - „co łaska". Banica była atrakcyjnym „towarem". W czasach świetności pracował we wsi folusz. We młynie nad wodą uwijał się młynarz. Z tartaku dochodziły dźwięki i zapach przecie­ranych świerków...

Wieś na prawie wołoskim lokował biskup Franciszek Krasiński, w roku 1574. Być może zasadźcą był któryś z rodu Banickich (?) Wiadomo bowiem, że w Banicy mieszkali Baniccy. Jeden z nich, Stefan Banicki, w 1648 r. został sołtysem w Mochnaczce Niżnej. O wielkości i ważności wsi stanowiła zawsze parafia. Wydaje się, że powstała dość wcześnie. Wiadomo, że w 1659 r. biskup Tylicki potwierdza jej istnienie w Banicy. Do czasu rozbiorów Polski wieś należała do państwa muszyńskiego. Potem przeszła na krótko w ręce austriackie, by pod koniec XVIII wieku stać się własnością Siemieńskich, Lewickich i Sterneggów.

Podczas pierwszej wojny światowej osada bardzo ucierpiała. Znajdowała się na linii frontu. Od stycznia aż do maja 1915 r. trwały tu zacięte walki. Konieczna, Regetów, Jasionka, i właśnie Banica leżały między ścierającymi się ze sobą żołnierzami cara i cesarza. Po bitwie pod Gorlicami front w końcu został przełamany. Na zawsze jednak pozostały tu tysiące poległych Rosjan i Austriaków. Na zachodniej Łemkowszczyźnie spoczywa ich 80 tysięcy. Wielu z nich umarło z głodu i mrozu... Kolejna wojna nie zapisała się zbyt boleśnie w pamięci Łemków. Nieszczę­ście przyszło dwa lata później. Operacja „Wisła" wypędziła mieszkańców Banicy na ziemie zachodnie.

Dzisiaj mieszkają w Banicy i modlą się w cerkwi górale spod Nowego Sącza i Nowego Targu. A może byli tu już wcześniej...? Zapoznany nam Rusin, baca - osiłek z Bielicznej mówił bowiem „cosik jakoby po podhalańsku, a z ruska..." Nie wiem. Mnie przy tym nie było!

 

II. Izby

Położone nad rzeką Białą, pod masywem Lackowej. Wieś obecnie liczy 25 go­spodarstw.

            We wsi zachowała się okazała murowana cerkiew z 1886 roku. Ludzie wspo­minają epizody związane z jej budową. Ponoć w tym czasie mieszkańcy ściągali kamienie aż ze Słowacji. Codziennie też dostarczano mleka i żółtek do zaprawy murarskiej.

            Pierwotna cerkiew mieściła się najprawdopodobniej powyżej obecnej (dwie parcele na południe). W roku 1990 właściciel tej działki dokonał ciekawego od­krycia. Nagle jego koń wpadł w jakaś czeluść. Po spenetrowaniu okazało się, że jest to krypta grobowa, w której znaleziono szczątki ludzkie. Sądząc po odzieniu, był tam pochowany ksiądz. Obok leżał złocony kielich. Krypta została zabezpie­czona a dalszych poszukiwań nie prowadzono. Można sądzić, że koło pierwotnej cerkwi znajdował się cmentarz. Od tego czasu rzeka zmieniła koryto, przesuwa­jąc się na wschód. Ludzie niejednokrotnie znajdowali kości ludzkie wymywane przez wodę.

            W pobliżu obecnej świątyni (na przylegającej bezpośrednio od południa par­celi) znajdują się pozostałości plebani, która usytuowana była wzdłuż koryta rzeki. Została ona wzniesiona z kamieni uzyskanych z rozbiórki konfederackiej baszty. Obok ustawione w czworobok stały kamienne stajnie oraz stodoły plebańskie. Z ich pozostałości wybudowano budynki przylegające do kościoła.

Według wspomnień mieszkańców wsi podwórzec księżowski był wybrukowany kamieniami.

            Dalej (o 2 parcele na południe) po drugiej stronie drogi stała czasownia prawosławna.

            Gdy przejdziemy starą, częściowo zarośniętą droga przez posiadłości ple­bańskie na drugą stronę rzeki, na wzniesieniu w chaszczach, znajdziemy stary cmentarz greckokatolicki. Zachowało się tu 6 nagrobków (3 krzyże żeliwne na piaskowcowych kamiennych postumentach i 3 krzyże kamienne). Najstarszy zi­dentyfikowany nagrobek pochodzi z 1882 roku. Z 1897 roku pochodzi grób by­łego parocha Izb. Michała Zegiestowskiego. Wiadomo, że na tym cmentarzu jest też nagrobek pierwszej żony księdza Chylaka. Trudno jednak dziś go zidentyfiko­wać. Regularny plan cmentarza wyznaczony niegdyś przez lipy został zaburzony przez budowę okopów podczas II wojny światowej.

            Około 150 m od cerkwi (w górę od wsi) został założony przed wojną cmen­tarz prawosławny. Obecnie zajmuje on dość duży teren. Po środku znajduje się ogromny drewniany krzyż, pochodzący najprawdopodobniej z drewnianej czasowni prawosławnej. W większości groby są nowe i brakuje ciekawszych na­grobków. Tu została pochowana druga żona księdza Chylaka. Katarzyna.

            Na  dolnym  skraju   wsi,   w   polu, znajduje się kapliczka upamiętniająca l miejsce pochowania zmarłych na cho­lerę w 1890 roku. Najprawdopodobniej f została wzniesiona w czasie epidemii j lub wkrótce po niej.

            We wsi znajdują się też trzy inne kapliczki z przełomu XIX i XX wie­ku. Niestety ich wyposażenie nie za­chowało się.

            Naprzeciw przystanku wyróżnia się ogromny drewniany piętrowy dom o architekturze w stylu budownictwa uzdrowiskowego. Jego budowę rozpo­częła rodzina Filów w 1927 roku dzięki zarobkowi w Ameryce. Sprowadzono majstrów z Bobowej. Ostatecznie budowę ukończono w 1937 roku. Budynek ten był dzierżawiony straży granicznej, po wojnie zajęło go wojsko. Przez pewien czas mieściła się tam szkoła. W latach 70. XX wieku powrócił do prawowitych właścicieli.

            Warto zwrócić uwagę na stojące obok siebie trzy kolejne zachowane chyże łemkowskie usytuowane przed cerkwią. Na ich podstawie można sobie wyobra­zić, jak niegdyś wyglądały i/.by. W większości stare, drewniane domy zostały rozebrane. Zachowało się 6 tradycyjnych chyż oraz kilka spichlerzy. Najstarszy spichlerz znajduje się na posiadłości nr 21 (za woda) i pochodzi z 1886 roku.

            Nad wsią zachowały fragmenty okopów (na Szczołbie z I wojny światowej i na Szybernym Wierchu z II wojny).

                To ostatnie miejsce wymaga odrębnego omówienia. Szyberny Wierch lub inaczej Szubieniczny Wierch łączy się z bogatą ustną tradycją. Związane z nim opowieści stały się inspiracją do napisania przez Jeronima Anonima, popularnego wśród Łemków pisarza, powieści Szibenicznij Werch. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Włodzimierz Chylak, pochodził z Wierchomli i byt przez pewien czas parochem w Izbach. Nasłuchał się zapewne niepochlebnych opowieści o konfe­deratach barskich, skoro ta wyraźnie antypolska powieść opisuje gwałty dokony­wane na ludności przez konfederatów, a także przypadek powieszenia człowieka z rozkazu ich przywódcy - Bieżyńskiego. Motywem miała być wściekłość z po­wodu niespełnionego pragnienia posiadania dziewczyny ze wsi. Według powieści dowódca konfederatów na tym samym Wierchu spadł z konia i zabił się.

            Nie wiadomo, ile w tym prawdy, lecz ciekawe, że ten sam motyw występu­je w analogicznych opowiadaniach o zbójnikach. W okolicy grasowali zbójnicy, penetrując idącą tędy drogę na Węgry. Mieli melinę na Szubienicznym Wierchu, ściągali od ludności daniny, a opornych wieszali. Herszt zbójników zakochał się w ładnej dziewczynie i chciał ją porwać. Dziewczyna uprzedzona uciekła, a herszt porwał jej ojca. Zbójnik zagroził powieszeniem uwięzionego, jeśli kobieta nie zgłosi się. Dziewczyna przyszła do zbójników, ale za późno — jej ojca powie­szono. Została później uwolniona przez swojego narzeczonego, a herszt bandy zginął w walce z innymi zbójnikami pod Krynicą.

 

Historia

Według podań ludowych nazwa wsi wiąże się z pierwszym osadnikiem, który dał początek osadzie, stawiając małą izdebkę. Starzy mieszkańcy opowiadają też  o korelacji nazw sąsiadujących ze sobą wiosek. W pobliżu jest Czarna oraz Bieliczna, czyli Biała. Sugeruje to związek z podziałem chłopskiej chałupy na dwie izby: białą i czarną (być może pobliska Śnietnica wywodzi swą nazwę od świetnicy - czyli reprezentacyjnej izby,  świetlicy, przeznaczonej na zgromadzenie: wiejskie, zabawy itp., występującej w bogatszych domach).

            Izby byty lokowane w 1574 roku w Państwie Muszyńskim według prawa wołoskiego. Sołectwo zostało przyznane niejakiemu Hryćkowi przez biskupa krakowskicgo, Samuela Maciejowskiego.

            Izby wpisały się w historię konfederacji barskiej. W 1769 roku, w ramach przygotowywania górskich umocnień, został tu zbudowany przez starostę winnickiego, Adama Parysa, szaniec. Dla lepszej obserwacji terenu wzniesiono póź­niej kamienną basztę, od której przyjęła się nazwa ufortyfikowanego wzgórza — Baszta. Dowództwo nad załoga szańca sprawował początkowo ten sam Bieżyński, który tak niechlubnie zapisał się w pamięci izbian.

            W 1770 roku w okopach izbiańskich ulokował się ze swą dywizją Kazimierz, Pułaski. Stąd organizował dalekie wypady np. wyprawę za San w maju 1770 roku, czy nagłą próbę zdobycia Lwowa.

            Naprzeciw konfederatom wyruszył w końcu lipca 1770 roku wraz z rosyjskim wojskiem płk Drewicz. Decydująca walka z udziałem Pułaskiego miała miejsce w okolicach Blechnarki. Wówczas konfederaci wycofali się. Szaniec w Izbach ocalał.

            Wkrótce Austria zajęła w ramach tzw. kordonu sanitarnego pas terytorium polskiego o szerokości mili. Dla Izb znaczyło to już kres muszyńskiego państwa i początek czasów rozbiorowych. Po roku 1782 Izby zostały wydzierżawione wraz z innymi dobrami hrabiemu Skrzyńskiemu. Wkrótce przeszły na własność funduszu austriackiego. W okresie międzywojennym wieś liczyła ponad 100 gospodarstw. W 1936 ro­ku było tu 80  Rusinów, 30 Polaków i 4 Żydów. Polacy pracowali w leśnictwie podlegającym Nadleśnictwu Śnietnica. Czasem ksiądz z Kąclowej odprawiał na­bożeństwa łacińskie.

            We wsi istniały dwa sklepy, w tym jeden z karczmą prowadzony przez Żyda. Działała tu dwuklasowa szkoła.

            W 1928 roku prawie cała ludność łemkowska Izb i filialnej Bielicznej zmie­niła wyznanie na prawosławne. Inspiratorem przemian był wieloletni proboszcz parafii greckokatolickiej w Izbach, Dymitr Chylak. Ciekawa to i barwna postać, która zasługuje na uwagę i obszerniejsze omówienie. Ksiądz Chylak pochodził z Brunar (urodzony w 1866 roku). Parafię w Izbach z filią w Bielicznej objął już w 1890 roku. Posądzony o rusofilstwo w roku 1915 został uwięziony przez Austriaków w obozie w Talerhofie. Tam też doświadczył ciężkiej, wręcz ka­torżniczej pracy, o czym często opowiadał ludziom, chodząc po kolędzie. Pobyt w obozie zapewne ugruntował wszechruskie zapatrywania księdza. Wśród ludno­ści rozwijał teorie o odwiecznym zasiedlaniu tej ziemi przez Rusinów. Dowodem na to było między innymi pochodzenie nazwy wsi Piorunka od słowiańskiego bożka grzmotów i błyskawic - Pieruna. Najprawdopodobniej z inicjatywy księża zostało zamalowane malowidło ścienne w izbiańskiej cerkwi przedstawiające Kazimierza Pułaskiego modlącego się przed cudownym obrazem Matki Boskiej Pokrow.

            Najwyraźniej tenże sam ksiądz Chylak był zaangażowany w organizacje Ru­skiej Republiki Łemków. Tam też został mianowany ministrem spraw wewnętrz­nych. Wobec tych faktów nie wydaje się w pełni prawdziwe tłumaczenie zmiany wyznania księdza jedynie względami osobistymi. Ksiądz bowiem, podówczas już niemłody człowiek, po śmierci swej pierwszej żony związał się ponownie z katoliczką z Ropicy Ruskiej. Miał z nią dwoje dzieci. Według greckokatolickich kanonów powtórny ślub księdza nie był możliwy.

            Biskup zawiesił księdza w czynnościach kapłańskich. Wówczas Chylak zmie­nił wyznanie na prawosławne i wziął ślub z kobietą. Ludzie często tłumaczą, że ksiądz powodowany chęcią pozostania w parafii zaczął namawiać ludność do zmiany wyznania.

            Nie wydaje się to w pełni uzasadnione, biorąc pod uwagę wcześniejsze wy­darzenia z jego życia. Faktem jest, że z jego inicjatywy chodzili po wsi agitatorzy i namawiali do złożenia podpisu na sporządzonej liście prawosławnych. Wielkie musiał mieć poważanie wśród parafian skoro prawie wszyscy mieszkańcy Izb i Bielicznej (wyłączając świadków Jehowy) poddali się nowemu prądowi.

            W czasie wojny zmarła druga żona księdza. Syn poszedł się kształcić, córki wyjechały do Związku Radzieckiego. Chylak jako staruszek, został wysiedlony na ziemie odzyskane. Tam nadal prowadził działalność duszpasterską. Pościł (jadł tylko chleb z. czosnkiem i pił wodę) i dbał o potrzeby wiernych. Interesował się ich losem. Przemierzał kilometry, by udzielić podstawowych posług kapłańskich. Pewnej srogiej zimy omal nie przypłacił tego życiem. Ludzie znaleźli go zmarz­niętego, bez ducha leżącego na drodze. W latach 60., już bardzo chory, pojechał do córek do Stanisławowa. Tam też zmarł. Zapisał się w ludzkiej pamięci jako dobry człowiek i troskliwy, pobożny ksiądz. Wspomnienie o nim żyje wśród wieki Łemków, mieszkańców okolicznych wiosek.

            Na starym cmentarzu pozostał grób pierwszej żony księdza, na prawosławnym zaś jest grobowiec jego drugiej żony - Katarzyny Chylak. Inskrypcja napisana po polsku informuje, że zmarła ona w 1942 roku.

            Konsekwencją zmiany wyznania były spory dotyczące możliwości korzysta­nia z cerkwi i jej wyposażenia. Ksiądz greckokatolicki z Banicy dążył do prze­jęcia różnych przedmiotów kultu. Do świątyni chcieli mieć dostęp prawosławni. Grekokatolicy siedzieli w cerkwi dniami i nocami, zdarzały się bowiem wypad­ki włamań. Dochodziło do bójek i obrzucania się kamieniami. W końcu inter­weniowała granatowa policja, a sprawa trafiła do sądu w Nowym Sączu. Sąd rozstrzygnął spór polubownie, zalecił zgodę i materialne wyrównanie strat.

            Prawosławni zbudowali nową drewnianą czasownię (nieopodal, po drugiej stronie drogi). Księdzu, który musiał opuścić swe rozległe plebańskie posiadłości gromada wybudowała nową plebanię.

            W opustoszałej greckokatolickiej cerkwi odbywały się raz w miesiącu nabo­żeństwa. Celebrował je ksiądz z Banicy. Ich kontynuowanie było podyktowane kultem cudownego obrazu Matki Boskiej Izbiańskiej. Licznie przybywali tu piel­grzymi, nawet ze Słowacji.

            Schematyzm z 1936 roku podaje, że w Izbach było 800 prawosławnych, a w Bielicznej 200. Nie notuje się w tym czasie w obu wsiach grekokatolików. W 1939 roku przed wybuchem wojny Polacy przeprowadzili pod Szybernym Wierchem linię okopów, l września 1939 roku wkroczyły tu oddziały słowackie, zmieniono tablice graniczne. Po tygodniu w ślad za Słowakami przyszli Niemcy. W szkole zorganizowali placówkę wojskową.

            Pod koniec wojny w okolicy pojawiły się oddziały UPA. Często schodziły do wsi po żywność. Zdarzało się, że w dzień były konfiskaty prowadzone przez. wojsko polskie lub radzieckie, a nocą przez upowców. Jedną grupę Ukraińców wytropiono zimą z 1946 na 1947 rok w okopach nad Izbami. Milicja trafiła do nich po śladach z Mochnaczki. Najprawdopodobniej ktoś zdradził. Wywiązała się potyczka. Część upowców zginęła, pozostali uciekli na Słowację.

            Wieś opustoszała po wysiedleniach w 1947 roku. Nie były to pierwsze wy­jazdy ludności. Około 70 izbiańskich rodzin udała się do Związku Radzieckiego w łatach 1940 i 1945. Szczególnie ciężki los spotkał izbian w czasie akcji „Wisła” w 1947 roku. Wojsko przyjechało w nocy. Mieszkańcy musieli się szybko zbierać, nie mieli czasu ani na przygotowania, ani na posiłek.

            Wkrótce przybyli polscy osadnicy. Wielu z nich pochodziło ze wsi Czyczownica. Nie wyróżniali się dobrym gospodarowaniem skoro autochtoni mówili o nich „Czyczownica dobra wieś, za dwa grosze zapracować, za pięć zjeść”.

            We wsi mieścił się posterunek WOP (w dużym drewnianym domu koło przy­stanku). Smutny los spotkał drewnianą prawosławną czasownię. Naczelnik gminy w Śnietnicy - dawny milicjant - Bludal, nakazał rozebrać cerkiew w 1957-58 roku. Z uzyskanego materiału zbudował sobie dom. Wyposażenie cerkwi zostało zabrane przez osadników. Dzwonnicę rozbito. Jeden dzwon znajduje się w obecnym kościele, a dwa inne zaginęły. Krzyż cerkiewny został przerobiony na cmentarny. Ludzie mówią, że kara boska nie ominęła naczelnika. Z niewiadomych przyczyn dom jego spalił się, a Bludal opuścił te strony, a jeden z gospodarzy, który wykorzystał cerkiewną podłogę do wyłożenia sobie wozu, stracił życie przywalony nim w 1968 roku.

 

II. Izby - dane z innych źródeł

 

IZBY - WIERCH

Gdy tak jadę przez te porośnięte drzewami góry, wzgórza i pagórki - nie przestaję się dziwić i zachwycać. Widoki niby te same, cerkwie bliź­niaczo do siebie podobne, przydrożne kapliczki jednako obdarte z resztek murarskiej zaprawy - a jednak inne. Łemkowszczyzna to jak wielki album starych fotogram", malowanych obrazków, kilimów nad łóżkiem w komnacie wyobraźni. Na pierwszy rzut oka wszystkie jelenie na rykowisku są jednakowe... Dopiero, gdy zamknę oczy widzę różnice, detale. Tutaj gont bardziej ciemny, tam blacha udaje biedronkę z wielkimi kropkami rdzy, gdzie indziej śnieg ukrywa się w zagłębieniu rynny do późnej wiosny... l te miejsca, na których stoją cerkwie jak sygnety wysadzane brylantem. „Niewidzialnemu Bogu” widzialne znaki Obecności. Bóg jest jeden, ale nie jednaki... Cerkiew także jest jedna, choć każda inna i zarazem podobna jedna do drugiej - jak brylanty. Patrzę z mojego kozła. I dziwię się. Czuję się, jakbym wjechał do wielkiej izby z makatami przeszłych zdarzeń. Skojarzenie tyle trafne, co prawdziwe. Jestem w Izbach. Wieś położona u stóp najwyższego wzniesienia na Łemkowszczyźnie - Lackowej. Szczyt jej wznosi się niemal na tysiąc metrów ponad poziomy... Przede mną rozległe pastwiska. Opasane drutem rozciągniętym na wbitych do ziemi palach. Pasą się dwa konie. Kobyła z zaplecionym warkoczem ogona i ogier w białych skarpetkach. Moja Siwa i Kasztanka patrzą z zazdro­ścią na nic nie robiące kuzynostwo, odwracają łby w moją stronę. Patrzą / wyrzutem. Buńczuczny „Tołhaj" jest wręcz wściekły. Dopiero teraz /ciał sobie sprawę, jak jest wykorzystywany przez innego, bądź co bądź, ssaka... Może i zostawiłbym moją trojkę na pastwisku, gdyby nie obawa przed właścicielem. Łackową - bo tak nazywają górę mieszkańcy - porastają jak dawniej lasy. Był las, nie było nas - nie będzie nas, będzie las... - mawiał stary Łącko, dawny właściciel. To jego obawiałem się. Konie zostawiłem przed cerkwią. Tutaj też trawy nie brakuje. W dodatku - poświęcona. Sam natomiast udałem się na konfederackie wzniesienie pod lasem, niedaleko cerkwi. Dzisiaj nazywają go „Szybernym", ale w świadomości Łemków pozostało  ono  na  zawsze  „Szubienicznym  Wierchem".  To  ta  nazwa posłużyła łemkowskiemu pisarzowi Włodzimierzowi Chylakowi (Jeronimowi Anonimowi) za tytuł jednej z jego powieści. Wierch, jak wierch. Widok z niego ładny, z cerkwią na dole. Tyle, że dla wielu był to widok ostatni. Kiedyś stała tu szubienica. Tutaj przyprowadzano skazańców. Tutaj żegnali się z zielonymi górami, niebieskim niebem i białą cerkwią. Żegnali się z życiem kolorowym...

            Kim  byli  owi   skazańcy?  Na  temat   nieszczęśników  są  aż  trzy teorie. Jedni dowodzą, że wieszano tu beskidników rodzimych i węgier­skich tołhajów; zbójów, których nigdy nie brakowało w tych stronach. Niedaleko  stąd  mieli  swoją kryjówkę,  Zbójecką Jamę.   Napadali  na kupców. Tędy przebiegał szlak handlowy. Stara komora celna była stąd o rzut kamieniem. Dosłownie! Rzucali. Nie tylko kamieniami. Postęp objął także dziedzinę zbójeckiej broni. Z czasem, bandy w niczym nie ustę powały królewskiej armii. Jedynie były mniej liczebne! Różne zbójeckie „jamy" i „piwnice" służyły nie tylko za kryjówkę dla rzezimieszków; były one też magazynami dla zbójeckich skarbów. Starzy opowiadali, że trzeba było aż ośmiu koni, by wyciągnąć z „Piwnicy" skrzynię złota... Taka była ciężka! Zbóje nie bali się nikogo. I niczego. Napadali na pasterskie szałasy, na obładowane wozy Madziarów,  na konnych królewskich;  rabowali owce na hali, plądrowali nawet cerkwie i plebanie. W 1768 roku zabili w Izbach greckiego parocha Jana Ropskiego. Szczególnie jednak upodobali sobie ariańską szlachtę i jej dwory. Roiło się, więc w okolicy, od różnych Sawków i Hryćków, Prokopów i Fedorów, od Suchajów... Sądy w Bieczu i Muszynie miały czym się zajmować. „Katowska Szkoła" w Bieczu, co rusz wypuszczała nowych absolwentów, adeptów kaciego fachu... Los zbója był przesądzony. To nie to, co dzisiaj, gdy zbóje kierują spółkami skarbu państwa, kierują rządami... Tamtych czekał kat. Było tylko kwestią czasu, kiedy staną na „Szubienicznym Wierchu”.

Drudzy - mówią, że na górze wieszano Łemków za ich sympatie do „matuszki Rosji". Robili to Austriacy. Zwłaszcza w okresie pierwszej wojny. Dla niektórych szkoda było miejsca w thalerhofskim obozie. Przy­prowadzano ich na szubieniczną górę. I wieszano. Łemkowie nie kochali cesarza. Nawet poczciwego Franza Josepha, szwejkowego ulubieńca. Ale Szwejk był Czechem i żołnierzem najjaśniejszego Pana...

Jeszcze inni opowiadają, że na wzgórzu wieszali zdrajców i przeciw­ników konfederaci barscy. Przeciwników nie trzeba było daleko szukać. Byli na miejscu. Do walki nie paliła się nawet polska szlachta. Łemkom nie było także po drodze z polskimi magnatami... Patrzyli na skłóconych konfederatów, jak przed chwilą moje konie na mnie - spode łba... Między Izbami a Bieliczną mieściły się okopu konfederatów. W Izbach jakiś czas stacjonował sam Kazimierz Pułaski po wycofaniu się ze Żmigrodu. Pułaski musiał bić się dzielnie, skoro trzeba było naprawiać mu szablę, i to nie jeden raz. Robił to niejaki Błażej Sitowski, płatnerz, który przybył do Izb wraz z konfederatami. W nagrodę otrzymał od marszałka Kazimierza

 

„agat z rękojeści z monogramem prapradziada wodza konfederacji, który to prapradziad walczył był jeszcze pod Chocimiem".

 

Niestety, okoliczna ludność nie była już tak uczynna... O ile generał Drewicz i Moskale mogli liczyć na obrok dla koni i „czym chyża bogata" dla sołdatów, o tyle żołnierze Pułaskiego byli pozbawieni takiego luksusu. Czasami zmuszali więc Rusinów do „dobrowolnej aprowizacji”, gdy to nie pomagało - wciąż sprawna była szubienica na wierchu... A jeśli i ona nie robiła wrażenia? Wtedy podpalano dla przykładu chyże ze .skraja wsi... W końcu - podpalono cerkiew (1777 r.). Nie można się zatem dziwić ani gorszyć, gdy ruski pop odmówił drew na ognisko zziębniętym konfede­ratom, gdy ci wieczorem przybyli do niego z prośbą...

Cerkiew była drewniana, jodłowa - i piękna. Tak piękna, jak piękna tylko może być świątynia. Zostało pogorzelisko. A że konfederaci - ludzie wierzący, dwa lata później naprawili „swoju bolszoju oszibku". Wystawili Rusinom cerkiew nową, „toczka w toczkę", jak tamta... Słowianie może się i pokłócą między sobą, kogoś powieszą, spalą... ale zawsze w końcu razem pójdą na mszę.

Tyle na temat praktycznego wykorzystanie wierchu... Najprawdopo­dobniej wierch służył wszystkim: i bieckim katom, i Austriakom - „korzy­stali” też z niego konfederaci barscy... Takie były czasy. Taki był obyczaj.

Cerkiew „wotywna" konfederatów także nie przetrwała do naszych czasów. W 1888 roku wybudowano w Izbach nową, murowaną światy nie. /nalazło się w niej wyposażenie z poprzednich cerkwi: część ikon w ikonostasie, drewniana bramka w kamiennym wejściu... Przez długi czas była tu także cudowna ikona Matki Boskiej Izbiańskiej. Przed nią modlił się Kazimierz Pułaski, jeszcze w cerkwi, którą potem konfe­deraci podpalili... Nie przetrwała konfederacka cerkiew. Nie przetrwały po konfederatach żadne ślady. Jeszcze przed ostatnią wojną, w wyniku komasacji gruntów, nowy właściciel, któremu przypadło historyczne pole z okopami, częściowo je splantował i zaorał. Reszty dokonał Państwowy Ośrodek Hodowli Zarodowej, w 1985 r. Polskie spychacze dokonały tego, czego nie był w stanie zdziałać Łemko... „Wczoraj" odeszło bezpow­rotnie. Gdy wertuję kartki z przedwojennego wydania książki Krystyny Pieradzkiej „Na szlakach Łemkowszczyzny” (użyczył mi tego „zabytku” gospodarz z Jaślisk) jawi się smutny obraz:

„Mury cerkwi już popękane, nikt jej nie konserwuje, a szkoda. Ma bowiem ciekawą konstrukcję, i dawny dach kryty gontem, przy wejściu na cmentarz bramkę również gontem krytą. Wnętrze ogołocone ze sprzętów zabranych (wraz z dzwonami) przez ludność w chwili przejścia na prawosławie (...) z rabunku nic się prawie nie ostało. Lecz i tak pozostał ładny barokowy ikonostas, a przede wszystkim w prawej nawie obraz wotywny, zaopatrzony napisami ruskimi (...) Na nim dwie postacie w polskich strojach (rycerz w zbroi i czerwonym płaszczu i dama w koronie i sukni dworskiej)... dawniej... w 1851 r. kapliczka Matki Boskiej Izbiań­skiej (stanowiąca na planie cerkwi jedno ramię krzyża) miała wewnątrz malowanie klejowe przedstawiające Kazimierza Pułaskiego, modlącego się do Matki Boskiej.”

 

Tego „malowania” dzisiaj już nie ma w izbiańskiej cerkwi. Nie ma też cudownej ikony. Ta ostatnia, od 1947 r., przebywa w cerkwi w Bereście.

 

Przed nią to właśnie modlił się Pułaski. Jej zawdzięczał kilka razy swe ocalenie od Moskali... Łaciną spisany przez izbiańskiego proboszcza protokół z 1799 r. tak o tym donosi:

 

„...gdy z Izb wyszedł... w pobliżu Pilzna otoczony zewsząd przez Moskali, gdy nie miał żadnego sposobu wyjścia z opresji, do Świętej Dziewicy Maryi w izbiańskim kościele będącej westchnął i natychmiast prawie cało wyszedł z rak nieprzyjaciela „.

 

Unicki paroch widać był życzliwy konfederatom, skoro tak przychylnie zaświadczył o cudzie na Pułaskim spełnionym. Nie można tego powie­dzieć o jego następcach. Nie tylko nie rozpisywali się nad „konfederackimi" cudami, ale i wszelkie ślady po nich wymazać się starali. Na pierwszy ogień poszło „klejowe malowanie'. Ściany wybielono wapnem do wysokości 3 metrów. Tanio i skutecznie! Takie były czasy. Taki był obyczaj...

Izby słynne były także z „kazań Skargi"! Tak, tak, chodzi o tego Skargę. Piotra.

 

Przebywał był on w Izbach, a i owszem kazał w tutejszej cerkwi, ten znamie­nity w Koronie jezuita...

 

Jeszcze przed II wojną światową w tutejszej cerkwi św. Łukasza przechowywano polski egzemplarz „Kazań na niedziele" Piotra Skargi. Czy Piotr był w Izbach, tego tak naprawdę nie wiadomo, ale że jego słowa rozbrzmiewały w cerkwi, to pewne. Dbali, jak widać, biskupi z muszyńskiego pałacu o łemkowskie dusze... I to od samego początku, kiedy Hryćko otrzymał sołecki łan od biskupa Samuela Maciejowskiego z prawem do założenia nowej wsi w muszyńskim państwie krakow­skich hierarchów. W 1547 roku została przyłożona siekiera do niejednego korzenia: niejednego drzewa i niejednego człowieka. Na surowym korzeniu powstały Izby, na surowym korzeniu wzrastała ortodoksja mieszkańców...

Nad tą samą rzeką Białą, w tymże samym muszyńskim kresie, niespełna pięćdziesiąt lat później poszedł w górę potoku Iwan Iżbiański z Izb, z sołtysowskiej zapewne rodziny, by „zasadzić” nową osadę. Swój łan i przywilej lokowania wsi otrzymał od samego kardynała Jerzego Radziwiłła. Kardynał znany był z częstych wizytacji po wiejskich parafiach i z tropienia reformacji... Nie to, żeby nie miał zaufania do probosz­czów, ale - pańskie oko konia tuczy!  

 

III. Czertyżne

Nieistniejąca dziś wieś nad potokiem o tej samej nazwie, dopływem Białej. Przez dolinę przebiega droga łącząca dolinę Białej z Ropkami i Hańczową leżącymi już w dorzeczu Ropy.

 

Historia

Wieś był lokowana w 1594 roku na prawie wołoskim w granicach Kresu Muszyńskiego. Dokument nadania wsi przez biskupa Piotra Myszkowskiego Iwa­nowi Michniewiczowi i Maksymowi Pokajskiemu spłonął. W 1629 roku biskup Andrzej Trzebicki potwierdza zniszczony przywilej na parafie w Banicy i wikarię w Czertyżnym.

            Legenda głosi, że w okolicy grasowali zbójnicy. Swoją siedzibę mieli w grocie pod Białą Skałą. Jej korytarze sięgały ponoć aż do Bardiowa. Po wojnie jaskinia /ostała zniszczona przy pomocy środków wybuchowych przez WOP.

 

Wieś należała do jednej z zamożniejszych na terenie byłego państwa mu­szyńskiego. Sprzyjający mikroklimat powodował przedłużona wegetację roślin. Rozwijało się warzywnictwo.

            W okresie międzywojennym Czertyżne liczyło ponad 30 domów. Oprócz Rusinów mieszkała tu jedna rodzina żydowska. Lemkowic pozostali przy religii greckokatolickiej. Miejscowa cerkiew była filią parafii w Banicy.

            Po wyzwoleniu z okupacji niemieckiej nad Czertyżnym na Lipkach mieli siedzibę Ukraińcy (partyzanci ukraińscy).

            W 1947 roku po wysiedleniach wieś opustoszała. Osiedlanie się zostało za­bronione. Domy były rozbierane przez okoliczną przybyłą ludność za pozwo­leniem naczelnika gminy Śnietnica. Materiał z cerkwi został wykorzystany do budowy kaplicy w Starej Wsi. Część z wyposażenia trafiła do cerkwi w Banicy.

 

 Dane z innych źródeł

 

III. Czertyżne i okolice

Polną drogą pędzę moje kobyły w stronę Czertyżnego. Do muszyńskiego państwa bisku­pów krakowskich. Malowniczą przełęczą, miedzy wzgórzami: Siwejką i Zieloną Lipką, jadę pustą doliną. Puste jest niebo. Ani na nim chmur, ani bocianów. Drzewa zatrzymały się na zboczach. Cisza. I bezruch. Wiatr chowa się za Żabińcem w leśniczówce. Tylko liście kolorowe kręcą w powietrzu piruety. Czuję się jak ktoś bardzo ważny. Drogę wyścieliła mi Jesień.

Czertyżne można minąć i nawet tego nie zauważyć. A przecież wieś lokował nie byle kto, bo sam JE ks. bp Piotr Myszkowski, dobry znajomy imć Kochanowskiego z Czarnolasu. Sam humanista i wprawny w pisaniu. W 1584 roku napisał był przywilej lokacyjny ręką własną:

 

„Piotr Myszkowski z Mirowa... oznajmujemy niniejszym listem naszym, że my pożytek sto In biskupiego i dóbr muszyńskich rozszerzyć pragnąc, uczciwym Iwanowi Michniewiczowi i Maksymowi Tokajskiemu wieś koło rzeki Czertiżna, zwanej zwyczajem wołoskim, dopuszczamy i przyłączamy do ivsi tej miejsce Czeszelny Potoczek, na. pasienie owiec zdawna koszar nazwane. Ta wieś aby Czertiżna była nazwana, chcemy.”

 

Jak widać, biskup szczerze mówi o celu założenia wsi - „na pożytek stołu biskupiego” - jak i nie zapomina wyposażyć wołoskich pasterzy w „koszar", czyli pastwiska dla wypasu owiec. Jego Ekscelencja przystał też na nazwę Czertiżna wykazując tym szacunek do zwyczaju woło­skiego... Nie zapomniał też uposażyć Iwana i Maksyma stosownym łanem sołtysim i wyznaczyć poświętne dla przyszłej cerkwi. Z treści dokumentu niedwuznacznie wynika, że teren ten był już wcześniej „ucywilizowany" przez wołoskich pasterzy, bo „koszar", o którym wspomina na pewno powstał na skutek wykarczowania lasów przez przybyszów zza Karpat. Prawie sto lat później inny biskup, Andrzej Trzebicki, potwierdza raz jeszcze przywilej lokacyjny, a to z tego powodu, że oryginał Myszkowskiego był spalon od pożogi... Trzebicki ustanowił nadto w Czertyżnem wikarię. Dzisiaj „koszar" zarasta lasem, a zdziczałe jabłonie oferują swoje owoce jedynie amatorom kwaśnych jabłek... Po wikarii nie został nawet ślad. Natomiast po cerkwi i cmentarzu - owszem. Resztki nagrobków oraz cerkowisko, na przekór samosiejkom i chwastom, wciąż dowodzą, że była tu wieś, że żyli tu ludzie. I umierali. Że się modlili. Cerkiew stała jeszcze po wojnie. Dopiero po wysiedleniu Łemków, świątynię rozebrano. Była drewniana i bardzo stara. Wybudowano ją w pierwszej połowie XVII stulecia. Gdyby dotrwała, byłaby jedną z najstarszych budowli sakralnych na Łemkowszczyźnie. Uratowano jedynie część ikon. Znajdują się one we lwowskim muzeum. I pomyśleć, ściany cerkwi oparły się działaniom wojennym w 1915 r. (choć Czertyżne bardzo ucierpiało), to jednak nie były w stanie oprzeć sic ideologii, której celem było zaprowadzenie „światowego pokoju"... Pomimo odludzia, odcięcia od cywilizacji, nowa władza znalazła drogę do Czertyżnego. Była to ta sama polna droga, którą i ja przybyłem w te strony. Znów się spóźniłem. Zostało tylko cerkowisko. Godne miejsce, na które wtargnęli niegodni ludzie.

 

 

 

IV. Bieliczna

Malownicza dolina po nieistniejącej wsi położona u źródeł rzeki Białej pod ma­sywem Lackowej. Pasterze z Podhala organizują tu wypas owiec. Po dawnej wsi pozostała cerkiew, cmentarz oraz kamienne przydrożne krzyże.

            Przed cerkwią wznosi się pusty dziś kamienny cokół. Ludzie opowiadają, że jeden z wojskowych strzelał do stojącego tu żeliwnego krzyża. Po kilku nie­udanych próbach strącenia go zbliżył się do postumentu. Wówczas krzyż osunął

się wbijając ramię w brzuch oprawcy. Rana od krzyża okazała się śmiertelna.

            Na stoku powyżej cerkwi znaj­duje się cmentarz. Zachowały się tu dwa nagrobki kamienne oraz czte­ry krzyże żeliwne na piaskowco­wych cokołach pochodzące z początku XX wieku. Cmentarz był konserwowa­ny w 1989 roku.

            We wsi pozostał jeden kamienny krzyż przydrożny z 1929 roku oraz podniszczona kapliczka z przełomu XIX i XX wieku.

 

Historia

Nazwa wsi pochodzi od biorącej tu swój początek rzeki Białej. Wieś po­wstała w 1595 roku na prawie wołoskim na terenie Kresu Muszyńskiego. Kamienny cokół przed cerkwią Jej zasadźcą był Iwan Izbiański z Izb, na mocy przywileju kardynała Jerzego Radziwiłła. W 1636 roku wieś została przyznana parafii tylickiej.

            Według legendy na stokach Białej Skały mieli swą siedzibę zbójnicy (patrz, Czertyżne). W historię Bielicznej wpisała się też konfederacja barska. Pamiątką po niej jest nazwa „Konfederacka Dolina” obejmująca niższe zbocza Białej Skały.

            W XVIII wieku wieś została zdziesiątkowana przez epidemię tyfusu. W na­stępnym stuleciu panowała wyniszczająca cholera. Znajdował się tu cmentarz epidemiczny - położony obok parafialnego.

            W czasie I wojny światowej Austriacy nad Bieliczną budowali okopy.

            W okresie międzywojennym wieś liczyła około 60 numerów. Mieszkali tu Łemkowie oraz kilka rodzin polskich. Niektórzy z mieszkańców oprócz trady­cyjnych zajęć wyrabiali żarna oraz trudnili się kowalstwem. Ze względu na częste powtarzanie się nazwiska popularne było stosowanie przydomków. Wieś była ra­czej biedna. Przeważały tu kurne chaty. Działała prywatna czteroklasowa szkoła.

            W 1928 roku większość mieszkańców zmieniła wyznanie na prawosławne. Opustoszała cerkiew. Wówczas zbudowano drewniana czasownię. Jej ślady moż­na znaleźć obok obecnej bacówki.

            W 1944 roku Niemcy przygotowywali okopy. Biegły one w dwóch liniach: jedna przez stary cmentarz, druga powyżej na stoku. Po wyzwoleniu wieś by­ła nękana przez różnonarodowościowe bandy o charakterze rabunkowym. Ich członkowie okupowali chałupy oddalone od zwartej zabudowy.

            W 1945 roku wyjechało do Związku Radzieckiego pięć rodzin o ukraińskim poczuciu narodowym.

            Po akcji „Wisła” w 1947 roku wieś całkowicie opustoszała. Zakazano osie­dlania się na tym terenie ze względu na bliskość granicy. Istniejąca zabudowa znajdowała się w gestii naczelnika gminy Śnietnica. On decydował o rozbiórce domów. Najczęściej przenoszono je do Białej i do Kąclowej. Rozebrano także drewnianą czasownię. Jej elementy wykorzystali osiedleńcy z sąsiednich wsi, głównie z Izb.

            Teren przyznano spółdzielni. Po jej siedzibie pozostały dziś kamienne fun­damenty. Ostatnio teren byłej wsi należał do Państwowego Ośrodka Hodowli Zarodowej z Tylicza.

 

 IV. Bieliczna - dane z innych źródeł

 

Bieliczna, bo tak nazwano wieś, leżała przy tym samym szlaku handlowym, co Izby. Stąd było nawet bliżej do Cigelki po węgierskiej stronie Karpat; wystarczyło tylko przejść przełęcz między Lackową a Ostrym Wierchem a już wstępowało się na gościniec w dolinie potoku o tej samej nazwie (Cigelka) i wjeżdżało się wprost na plac targowy. Gwar - istna wieża Babel!- mieszał się z rykiem krów i pobekiwaniem owiec. Podróż nie odbywała się bez przeszkód. Pod Ostrym Wierchem rezydowali zbóje. Mieli tam swoje „piwnice" pełne „złotich talarów a śrebrnich dukatów". Dostarczali e beskidnikom kupce, oczywiście - po niewoli! Później, między Bieliczna a Izbami rozłożyli się konfederaci barscy z Pułaskim na czele. Niełatwe było życie Rusina w Bielicznej. Najpierw musiał pościnać ogromne świerki, wybudować chyże, wydrzeć borom rolę po roli - a potem przyszło mu zmagać się ze zbójnikami.

 

„Rusin był ciekiem mocnym, zastrasyć łacno go nie można było... Onegdaj do Wirchu przyseł zbój, o horiłkę prosieł gazdę, co bacował stadu owiecek. Dyć sia napić tylko chciał. - A napij sia, napij! - howori gazda pokazując na becke duzom po zbóju. - Kiedy, nie ma cym? - ręczę na to zbójnik. Biere baca becke w ruki i nad się daje pijąc prosto ze szpunta, zaś wąsy rękawem ociera: Ot, tak sia napij! - radzi. Na co zbójnik uciekł, co sił z powrotem do Cigelki..."

 

Konfederatom zaimponować już swoją siłą baca nie mógł, bo i lata nie te, a i braty konfederaty prosto z beczki pić potrafili... Nie tylko targo-wiczanie mieli mocną głowę. Magnaci pokroju radziwiłłowych „Panie Kochanku", czy „Rybeńko" trafiali się we wszystkich konfederacjach...

Bieliczna nigdy nie była wielką sadybą. W okresie międzywojennym można tu było doliczyć się zaledwie 35 chałup. Po wysiedleniu miesz­kańców w 1947 r. - została tylko cerkiew. Właściwie jest to taka mała cerkiewka - o uroku miniaturki. Świątynię zbudowano w 1796 r., zaraz po III rozbiorze Polski. Nosi wezwanie św. Michała Archanioła. Co ciekawe, cerkiew jest murowana. Kryta gontem. Posiada wieżę z pięknym hełmem. Druga, mała kopuła znajduje się nad nawą. Na trzecią brakło już miejsca; na samym końcu dachu nad sanktuarium umieszczono więc krzyż na maleńkich dwóch stożkach imitujących banie. Okrągłe okno w prezbi­terium oraz niewielkie okna w ścianie nawy zapewniają nastrój wnętrza tego uroczego budyneczku. A przed cerkwią - ogromne drzewo! Stoi na straży. Fakt, że cerkiew stoi, to nie tyle zasłu­ga owego drzewa, ile proboszcza z Banicy, ks. Mieczysława Czekają, który uratował ją od ruiny. Żegnam się z przydrożnymi krzyżami w dolinie, spoglądam na Szubieniczny Wierch w oddali... brrr!  

 

Galerie