ANKIETA

Jakie masz hobby?

ZAGŁOSUJWYNIKI

Strona startowa

Jesteś tu: » Strona startowa


Zawiła historia mieszkańców tych ziem w II części (poniżej) opis Akcji Wisła

 

Przesiedlenia w latach 1940 i 1945

 

(Paraska Brejan z Fryckych)

 

            Przesiedlenia i wysiedlenia ludności na ziemiach wschodnich rozpoczęły się już w 1939 roku i trwały aż do 1948. Kiedy na wschodzie wyznaczona została niemiecko- radziecka granica na rzekach San i Bug, obydwaj okupanci: Niemcy i Związek Radziecki podpisali między sobą umowę o wymianie ludności niemieckiej, zamieszkującej w tym czasie Podole na ludność ukraińską zamieszkującą po obu stronach tych rzek. Były to przesiedlenia – wymiana ludności, ale tylko tych rodzin, które dobrowolnie chciały przesiedlić się na ziemie wschodnie, na miejsca rodzin niemieckich „kolonistów”, którzy również chcieli przesiedlenia do swojej ojczyzny „faterlandu”.

            Na temat tego przesiedlenia historycy niewiele piszą być może dlatego, że nie dotyczyło ono ludności polskiej. Już pod koniec 1939 r. po podpisaniu tej umowy obydwa kraje utworzyły swoje delegatury w niektórych miastach. Dla Łemkowszczyzny takie delegatury działały w miastach powiatowych- Nowym Sączu, Jaśle i Sanoku. W delegaturach tych urzędowali specjalni, zaufani urzędnicy- delegaci, którzy do wsi łemkowskich jeździli tylko na wyraźne zaproszenie rodzin, deklarujących chęć wyjazdy na Ukrainę. Delegaci w swoich biurach czekali na wiejskich delegatów- gospodarzy, którzy w swoim imieniu lub w imieniu grupy rodzin, zapoznawali się z warunkami dobrowolnego przesiedlenia.

            Mieszkańcy Izb jeździli do Nowego Sącza żeby zapisać się na dobrowolny wyjazd na Ukrainę. Tam spotykali delegatów, którzy potrafili zręcznie opowiadać i zachwalać swój kraj. Wystarczyło raz wysłuchać takiego opowiadania urzędnika żeby po powrocie do wsi z łatwością przekonać do wyjazdu swoją rodzinę i sąsiadów. Do dziś niektórzy nie umieją wyjaśnić z jakiej przyczyny większość mieszkańców Izb w latach 1939- 1940 uległa tej sprytnej manipulacji. W Nowym Sączu do wyjazdu zgłosiła się większość mieszkańców Izb, jednak w momencie wyjazdu rodziny, które zdeklarowały się jako pierwsze postanowiły zostać, a ci którzy zrobili to jako ostatni, wyjechali na wschód. Dziwnymi wydają się dziś okoliczności podjęcia takiej decyzji oraz siła która pchnęła ludzi do przesiedlenia się w nieznane.

            Niektórzy mówią, że przyczyną tego były opowiadania starszych ludzi, którzy jeszcze w okresie pierwszej wojny światowej przebywali na wschodzie i mieli możliwość obserwować życie w przedrewolucyjnej Rosji. Opowiadania o dawnej Rosji delegaci z Nowego Sącza umieli sprytnie wykorzystać. Wspomnienia te długo pokutowały. Nowe pokolenie było przekonane o dobrobycie jaki czekał ich na wschodzie, krążyły nawet legendy o tym, że tam płoty grodzone są kiełbasami.

            W tym okresie spośród wszystkich łemkowskich wsi największa liczba chętnych do wyjazdu na Ukrainę pochodziła z Izb. Grupę przesiedleńców tworzyło 49 rodzin z Izb i jedna z Bielicznej. W ostatnich dniach przed opuszczeniem wsi ani ci, którzy wyjeżdżali, ani ci, którzy zostawali nie mieli zbytniej chęci ze sobą rozmawiać..

            Najgorsze były dni od 15 lutego 1940 roku. Od tego dnia wszyscy ci, którzy zdecydowali się na wyjazd musieli zostawić swoją rodzinną wieś i ruszyć do Grybowa na pociąg. W przewożeniu ich bagażu pomagała rodzina i sąsiedzi. We wsi zostawiali cały swój majątek, a było tego sporo: grunt, las, pastwisko, dom i zagroda, kilka sztuk bydła, czasem koń i owce (rodzina Fryckych zostawiła 7 sztuk bydła i konia, dom z wyposażeniem). Ze sobą ludzie zabierali parę kuferków i zawiniątek - tyle ile dało się przewieźć w wagonach. Niemcy zajęli się całym pozostawionym we wsi majątkiem, najbardziej interesowało ich bydło, które zostało przeznaczone później na mięso.

            Po przybyciu do Grybowa wszyscy koczowali w szkole jeszcze cały tydzień. Ludzie zapamiętali, że w czasie ich wyjazdu i przebywania w Grybowie panowała jeszcze sroga zima. W nocy było 30 stopni mrozu. Z Grybowa ludzie zawiezieni zostali do stacji Zagórzany, gdzie czekała ich przesiadka na pociąg, który mieli dojechać na miejsce.

            W Zagórzanach podstawione zostały specjalne większe wagony towarowe z piętrowymi pryczami po bokach i żelaznym piecykiem na środku, który miał służyć do ogrzewania i gotowania wody na herbatę. Każdy z tych wagonów zajmowany był przez 4 rodziny- około 20 osób. Niektórzy dobrze pamiętają, jak na stacji w Zagórzanach Niemcy zawołali do swojego biura kilka młodych dziewczyn i powiedzieli: „Rus nicht gut”, co prawdopodobnie miało znaczyć, że „ W Rosji nie będzie wam dobrze”, ale tego nikt nie słuchał. Po tym wszystkim można wyło wnioskować, że Niemcom na tych przesiedleńcach nie zależało. Może już wtedy wiedzieli lub przeczuwali, że za rok lub później zbrojnie ruszą na wschód.

            Na granicy niemiecko- radzieckiej w Przemyślu nasz transport przejęli żołnierze radzieccy z gwiazdami na szpiczastych czapkach. Swoim wyglądem i zachowaniem byli straszniejsi nawet niż żołnierze niemieccy. Stąd dowieziono nas do stacji Husiatyn, niedaleko Horodka i Czortkowa- okręg tarnopolski. Tam przyjechały po nas kołchozowe furmanki, bez żadnego naczelnika i porządku. Zawieziono nas wtedy do wsi Kopycznyci- kolonia Łyczkowce, gdzie osiedlono cały transport 49 rodzin z Izb.

            Stały tam gotowe domy, kilka z nich było ogrzewanych aby nadawały się do natychmiastowego zamieszkania. Poza ścianami nie było tam nic. Mimo wcześniejszych zapewnień delegatów, że „u nas wszystkiego pod dostatkiem” nie znaleźliśmy żadnego majątku, narzędzi, bydła. Niektóre dzieci pytały swoich rodziców gdzie jest ta kiełbasa na płotach, bo tam nawet płotów nie było. Każda rodzina dostała po 49 rubli.

            Pierwsze dni i tygodnie jakoś przeżyliśmy, ale tylko dzięki greckokatolickiemu duchownemu o. Iwanowi Dupławemu, który od niedzieli Syna Marnotrawnego wziął naszych ludzi pod swoją opiekę. Tej niedzieli w cerkwi, w trakcie jego kazania był wielki płacz. Miejscowi częstowali nas i wspierali czym mogli. Pomagali nam dosyć długo, do momentu aż trochę zagospodarowaliśmy się na nowym miejscu. Władze przydzieliły trochę ziemi, także tej zasianej oziminą. Nasza młodzież pracowała w kołchozach lub u miejscowych gospodarzy. Niektórym udało się dostać pracę na kolei, gdzie byli odpowiedzialni za usuwanie chwastów wzdłuż trakcji kolejowej. Najgorsze w tym wszystkim było to, że pracowali na odcinkach mierzących kilkanaście kilometrów, a do pracy zazwyczaj chodzili pieszo, jedynie w niektóre wybrane miejsca byli dowożeni.

            W pierwszym roku po przesiedleniu trzeba było znosić różne niewygody i ciężkie życie. Przesiedleńcy przyzwyczaili się trochę do nowej sytuacji, ale trudno było im zapomnieć rodzinne strony. Ludność miejscowa bardzo nas szanowała. Było i tak, że proboszcz parafii, o której wcześniej wspominaliśmy do wiernych obydwu wyznań odnosił się bardzo przychylnie. Kazał Janowi Durkotowi zorganizować swój własny chór. Zebrało się wtedy 15 śpiewaczek i na zmianę w jedną niedzielę śpiewali przesiedleńcy, a w następną miejscowi. Wielkiej różnicy w śpiewach nie było, inna była tylko melodia.

            Przez całe dwa lata życia na Ukrainie, nie wiadomo dlaczego, ale chyba ze wstydu i żalu nikt nie pisał listów do Izb. Jeden raz Wasyl Moskwa napisał krótki, ale osobliwy list, w jakim wspomniał „ że jest im tak dobrze, że jego dzieci aby przeżyć musiały własnymi rękoma ciągnąć brony żeby zabronować kawałek pola”.

            A jak stróżowali w kołchozie musieli kraść zboże na chleb żeby jakoś przeżyć. Trochę później ten Moskwa z żalu i wstydu stracił rozum i umarł. Tak było do 1 czerwca 1941 roku kiedy to wojska niemieckie dokonując napaści na Związek Radziecki w ciągu tygodnia zajęły całą zachodnią Ukrainę. Od tego momentu przesiedleńcy zaczęli się zastanawiać nad tym, w jaki sposób mogli by wrócić w swoje rodzinne strony, do Izb. Tworzyły się więc tajne grupy, składające się z kilku gospodarzy, którzy później wspólnie zastanawiali się nad sposobem wyrwania się z tego „raju” , z ciężkiego położenia. Upłynął jeszcze rok zanim Niemcy na wschodnim froncie pod Stalingradem utracili swoją przewagę.

            Po świętach Wielkanocnych w 1942 roku pierwsza grupa – cztery rodziny Durkotów, Rydżyków, Zhodów i Fryckych zaplanowali podstęp, który miał pomóc powrócić do rodzinnej wsi. Przygotowali samogon i zaprosili głównych przedstawicieli władz powiatu, gminy i wsi. Gościli ich czym mogli żeby załatwić pozwolenie na wyjazd z rodzinami na „roboty” do Niemiec, z potajemnym zamiarem dojechania tylko do Krynicy. W drogę wybrali się bez walizek i zawiniątek żeby nie wzbudzać podejrzeń. Bez większych przeszkód udało się im dojechać pociągiem do aż do stacji w Stróżach przed Grybowem, stamtąd zaplanowali iść pieszo, tylko nocą omijając Brunary i tak dotrzeć do Izb.

            Było to w maju 1942 roku. Wydaje się że inne rodziny w podobny sposób wracały do Izb. Takich rodzin, które wróciły było tylko 20. Mieszkańcy wsi na ogół okazywali im wielkie współczucie, ale były wśród nich też takie jednostki, które wytykały im to, że szybko zdecydowali się na wyjazd i równie szybko wrócili. W Izbach akurat ten rok był bardzo ciężki, bo w 1941 potężny grad zniszczył prawie wszystkie uprawy zboża i ziemniaków. Ci mieszkańcy, którzy nie wyjechali i ci, którzy wyjechali i później wrócili byli w trudnej sytuacji- bieda wszystkim zaglądała w oczy.

            W czasach wojny i okupacji (1939-1945) mieszkańcy Izb  borykali się z różnymi problemami, ich sytuacja była nieco trudniejsza niż w innych wsiach na Łemkowszczyźnie. Najpierw po komasacji we wsi można było doliczyć się 124 gospodarstw, ale już w pierwszym roku wojny liczba ta zmniejszyła się o 49 gospodarstw, tych którzy wyjechali na Ukrainę. Jednak wkrótce sytuacja się zmienił, bo po dwóch latach od wyjazdu na wschód 20 rodzin postanowiło powrócić do wsi. I znów przez kolejne trzy lata życie mieszkańcy stawiali czoła licznym problemom.

            W tym rozdziale opisywaliśmy już różne czasy, kiedy to młodzież izbiańska i bieliczniańska  musiała iść na przymusowe roboty do Niemiec i do „baudinstu”, a pozostali mieszkańcy wsi musieli w tym czasie pracować przy budowie okopów i bunkrów. Po wyzwoleniu Karpat, młodzież przymusowo wcielana była do sowieckiej armii. Po zakończeniu wojny w 1945 roku Izb nie minęła nowa fala agitacji za przesiedleniami na Ukrainę, chociaż jedna już była w 1939/40 roku. Teraz działania te miały inny charakter, bo nowi delegaci- agenci przekonywali ludzi nowymi obiecankami albo strachem, prorokując to, co miało stać się później : „ Jak nie pojedziecie na wschód, to Polacy wywiozą was na zachód” . Były również naciski, po tym jak niedaleko Izb i Banicy pod górą Kyczerą partyzanci zabili sowieckiego delegata.

            Tym razem we wsi nie było ani komitetu, ani własnego agenta, bo wszyscy mieszkańcy dobrze wiedzieli co daje to przesiedlenie, przecież wielu gospodarzy już stamtąd wróciło  i więcej do tego „raju” nie chcieli dobrowolnie jechać. Później jednak okazało się, że propaganda i nacisk sowietów są silniejsze niż ludzka wola. Chociaż wiele rodzin poznało już smak sowieckiego dobrobytu- raju, to jeszcze siedem spośród nich zgodziło się na ponowny wyjazd na Ukrainę, ale w inne niż poprzednio miejsce. Była to ogromna odwaga z ich strony albo strach żeby wracać tam skąd uciekali z narażeniem życia i szczęścia swoich rodzin.

            Do tego przyczyniła się jeszcze polityka i propaganda polskich władz, które widziały w tej sytuacji możliwość rozwiązania własnych problemów: „Ukraińcy na Ukrainę- Polska dla Polaków” . Fałszywa propaganda, przekonywanie i zastraszanie były stosowane do samego końca. Po Wielkanocy 1945 roku mieszkańcy łemkowskich wsi w polu pracowali niewiele, coraz częściej schodzili się i rozmyślali nad dobrymi i złymi stronami przesiedlenia. Najwięcej robili ci, którzy mieli te doświadczenia za sobą i niczego już się nie bali. W lipcu 1945 roku z Bielicznej zgodziło się wyjechać na Ukrainę 8 rodzin, a z Izb 20, w tym 7 wyjeżdżało ponownie.

            Teraz już wiemy, że wszyscy ci, którzy wyjechali pierwszy raz i ci, którzy wyjechali ponownie nie znaleźli tam nic lepszego od tego co było w latach 1940- 1942. Było tam znacznie gorzej, bo wojna w latach 1942- 1945 osłabiła Związek Radziecki pod wieloma względami,  czego  później doświadczali zwykli ludzie.

 

Akcja Wisła

 

Wysiedlenie i osadnictwo 1947 roku

 

Już w połowie miesiąca lutego 1945 roku w łemkowskich wsiach rozpoczęła się agitacja radziecko- polska w dwóch kierunkach:

-         jedna zupełnie radziecka, zachęcająca młodych chłopców do dobrowolnego zaciągania się do Armii Czerwonej aby mogli mieć „zaszczytny” udział w zakończeniu wojny z niemieckim okupantem.

-         Druga, wspólna agitacja miała rozszerzony program, którego celem było przesiedlenie wszystkich Ukraińców na wschód- na Ukrainę, do ZSRR.

            Trzeba zająć się tą drugą agitacją, ponieważ pierwsza była jedynie zwyczajną mobilizacją do wojska, która po wyswobodzeniu każdego kraju w czasie wojny, traktowana jako „dobrowolna” pod radzieckim przymusem.  Druga agitacja miała szeroki polityczny rozmiar, ponieważ chodziło tutaj o „przyszłość” narodów. Z jednej strony ludności polskiej, która licznie zamieszkiwała dawne kresy  Rzeczpospolitej i z drugiej strony ludności ukraińskiej, która od stuleci zamieszkiwała wschodnie i południowe ziemie Polski, dokładnie województwa lubelskie, rzeszowskie i krakowskie.

            Głównym celem propagandy prowadzonej przez  radzieckich i polskich delegatów była wymiana ludności polskiej zamieszkującej Związek Radziecki na ludność ukraińską z Polski. Takie działania uważane były przez władzę obydwu państw za najlepsze rozwiązanie następujących kwestii:

Jednym zależało na tym aby wyprzeć Polaków ze wschodu, a drugim na pozbyciu się Ukraińców zgodnie z hasłem „Polska dla Polaków”.

            Do tego doszły jeszcze porachunki na wschodzie między ludnością polską i ukraińską, znajdująca się w tym czasie pod niemiecką okupacją, gdzie działały duże partyzanckie oddziały broniące swoich praw narodowych:

-         Armii Krajowej walczącej z Niemcami i Ukraińcami

-         Ukraińskiej Powstańczej Armii walczącej z polskimi i radzieckimi partyzantami.

            Tych dwóch obrońców narodowych praw prowadziło na tamtych ziemiach ostre i krwawe walki, celem których było oczyszczenie raz na zawsze ziem wschodnich z ludności obcej.

            Jeden ze znamienitych polskich historyków oceniając sytuację na wschodzie między Polakami a Ukraińcami napisał bardzo sprawiedliwie: „Najpierw byli Oni, później My, następnie znów Oni, i znów My, a teraz tylko oręż, albo pokój mogą nas uchronić”.

            Największym popularyzatorem i kontynuatorem przesiedlania narodów był Józef Wisarionowicz Stalin, który zastosował takie rozwiązanie w swoim kraju i zaszczepiła je we wszystkich zniewolonych przez ZSRR krajach bez względu na to czy ktoś miał ochotę przesiedlić się czy nie i tak był przesiedlany przymusowo. Przez takie rozwiązanie najbardziej ucierpiała ludność polska i ukraińska- mieszkańcy dawnych kresów Rzeczpospolitej, którzy zostali rozpędzeni  po całym Związku Radzieckim i Syberii. Dalej dotknęło to ludności ukraińskiej i łemkowskiej zamieszkującej na zachód od Bugu i Sanu (we wspomnianych wyżej województwach).

            Kiedy mieszkańcy tych ziem nie chcieli dobrowolnie przesiedlić się na Ukrainę, wtedy polskie władze postanowiły wysiedlić ich pod przymusem i zgodnie z „proroctwem” radzieckich agentów, którzy ostrzegali, że „jeżeli dobrowolnie nie pojedziecie na Ukrainę, to Polacy i tak was stąd wypędzą na zachód” .W ciągu miesiąca, a może i szybciej nadarzyła się okazja do spełnienia tego proroctwa. Śmierć gen. Karola Świerczewskiego w Karpatach przyśpieszyła akcję „Wisła”- krzywdzące, przymusowe przesiedlenie ludności pochodzenia ukraińskiego.

            Przymusowe wysiedlenie rozpoczęło się od wschodnich powiatów województwa lubelskiego, później rzeszowskiego i na koniec krakowskiego. Tajemnica wysiedlenia była tak pilnie strzeżona, że kiedy wysiedlane były wsie jednego województwa, to we wsiach innego ludzie orali, siali i sadzili, co tylko mogli i jak umieli. Nikt nie wierzył, że stanie się coś tak tragicznego. Ludzie przeczuwali coś, ale nie wiedzieli kiedy to się stanie i gdzie będą wysiedlać. Jeżeli ktoś myślał o jakimkolwiek przesiedleniu, to tylko na Ukrainę.

            Z tego powodu nikogo wcześniej nie powiadomiono o wysiedleniach. W powiecie nowosądeckim były przypadki zrzucania z samolotów ulotek z odezwą do ludności miejscowej, w których nie informowano kiedy i gdzie będzie miało miejsce wysiedlenie, ale nawoływano do zachowania spokoju i podporządkowania się  rozkazom władzy wojskowej. Chodziło chyba najbardziej o to żeby niczego nie niszczyć, żeby zostało jak najwięcej dla „sąsiadów”. Nikt nie znał dnia ani godziny, w której trzeba będzie zostawić swoją wieś i cały majątek jaki przez wieki gromadzili dziadowie i pradziadowie.

            W Izbach i Bielicznej przed wysiedleniem w 1947 roku mieszkało:

 

Liczba rodzin w poszczególnych latach:                               Izby                           Bieliczna

Przed drugą wojną światową                                               124                             35

Przesiedlenia na Ukrainę w 1940 roku                                  - 49                            -1

Z Ukrainy wróciło w 1942 roku                                             +20                             0

Przesiedlenia na Ukrainę w 1945 roku                                  - 20                            -8

Do wysiedlenia w 1947 roku pozostało                                 75                              26

 

 

Dwa lata po zakończeniu drugiej wojny światowej mieszkańcy Bielicznej i Izb pracowali tak jak zwykle w swoich gospodarstwach. Dawno minęła Wielkanoc. Na polach wszystko rosło i zieleniło się, bo była to już prawie połowa czerwca 1947. Ludzie od dawna wypasali swoje konie bydło i owce. Na łąkach wyrosła już dosyć duża trawa. Na drzewach owocowych widać było dużo zalążków owoców, bo tej wiosny nie było przymrozków i kwiaty nie zostały zmrożone jak bywało to we wcześniejszych latach.

            Ludzie mieli nadzieję, że może w tym roku i gradu nie będzie, tak jak nieraz to bywało i będą dobre plony, i urodzaj wszystkiego.

Każdy gospodarz dochował się po wojnie przynajmniej jednej sztuki bydła i kilku jagniąt. W zagrodach koło domów krążyły stadka gęsi, kaczek, albo kurcząt. W tym roku gospodarze hodowali jeszcze niewiele prosiąt, bo po wojnie i na wiosnę nie było ich czym karmić ani za co kupić chociażby jedno prosię.

            Przy okazji opowieści o świniach przychodzi na myśl historia jaka miała miejsce w Izbach w czasie niemieckiej okupacji i po wojnie. Niedaleko na Słowacji we wsi Fryczka można było tanio kupić prosięta.

            Problem był jedynie z  przeniesieniem prosiaka przez granicę. Na ten problem mieszkańcy Izb znaleźli sposób. Usypiali prosiaka eterem i śpiącego z łatwością przenosili przez granicę.

            Przed tym ostatnim piątkiem ludzie we wsi czynili już pewne przygotowania ponieważ mieli przeczucie, że coś się stanie. Jedni opróżniali stare skrzynie, inni naprawiali swoje wozy, a jeszcze inni piekli chleb, jeżeli było z czego i myśleli jak zawsze, jak to ludzie powiadają  „ od przybytku głowa nie boli”. Akurat jedna izbiańska rodzina  ma swoja tajemnicę związaną z chlebem. Pewnego razu znajomy tej rodzinie pogranicznik został ugoszczony świeżym chlebem, zwyczajnie lub z rozmysłem powiedział wtedy: „ mną się nie przejmujcie, ten chleb raczej wam się przyda”. Czy to była zwyczajna grzeczna odpowiedź, czy może ten pogranicznik wiedział już coś o zbliżającej się tragedii, to do dzisiaj pozostało tajemnicą.

            Dla rodzin wymienionych w tabeli powyżej przyszedł ostatni moment przebywania w rodzinnych wsiach w Karpatach. W niedzielę 11 czerwca 1947 roku o wczesnej godzinie porannej do obydwu wsi w kilku samochodach przyjechało wojsko i natychmiast rozeszło się między domami. Razem z wojskiem przyjechało kilkanaście wozów drabniastych z sąsiedniej Śnietnicy i  Brunar, możliwe że jeszcze z innych dalej położonych miejscowości. W tym dniu przymusowo wysiedlone zostały Izby, Bieliczna, Banica i Ropki. Wieś okrążona była przez wojsko, nie było możliwości kontaktowania się ze sobą. Wszyscy gospodarze musieli zebrać się u sołtysa Stefana Jadłosza, gdzie ogłoszono, że każda rodzina ma dwie godziny czasu na załadowanie swojego dobytku na wozy. Kto nie miał swojego transportu, temu został on przydzielony przez wojsko. Radzono ludziom aby nie zabierali ze sobą zbyt wiele ponieważ tam dokąd jadą wszystkiego jest pod dostatkiem. Nie powiedzieli nic więcej, dokąd ich zabierają. Wszystkim surowo nakazywano podporządkowanie się rozkazom wojskowym.

            W ciągu tych dwóch godzin nikt nie wiedział co ma robić, za co brać się najpierw, co jest najważniejsze, co się może najbardziej przydać. Wszyscy ładowali najpierw jedzenie, pierzyny i odzież dla całej rodziny. Na głównym wozie zostawiano miejsce dla małych dzieci i osób starszych, którzy nie mieli siły iść pieszo obok wozu. Kto nie miał wozu lub jego wóz był zbyt mały, ten dostawał wóz drabniasty pożyczony przez wojsko w innych wsiach.

            Nie wolno było chodzić po wsi ponieważ wszędzie było wojsko, w ten sposób łatwo można było narazić swoją rodzinę na niebezpieczeństwo. Poza tym nie było czasu na chodzenie ponieważ trzeba było zająć się pakowaniem swojego dobytku. Wszędzie panował ogromny ruch, płacz, narzekanie, krzyk, ryk, beczenie i skrzeczenie kur, gęsi i kaczek, bo niektóre rodziny zabierały ze sobą wszystko, co tylko mogły załadować na wóz. Cała ta sytuacja nie napawała nadzieją  nikogo lecz wywoływała wielki strach. Najbardziej szczekały psy, które czuły, że coś złego się dzieje, takiego poruszenia nie obserwowały od wojny, kiedy to za wsią Niemcy budowali okopy.

            Konie, byki lub krowy zaprzęgane były do wozów, stały niecierpliwie w swoim rzędzie i czekały na jakiś rozkaz swojego gospodarza. Każdy wóz- drabniak trzeba było wzmocnić powrozem lub łańcuchem żeby wytrzymał załadunek i transport. Do każdego wozu przywiązywane było bydło i owce. W wypadku, kiedy ktoś z rodziny był wstanie prowadzić żywy inwentarz na postronkach zwierzęta nie były przywiązywane. Jeżeli było miejsce, to na wozy ładowane były naczynia, a nawet narzędzia rolnicze.

            Wojsko cały czas pilnowało porządku i poganiało wszystkich do szybkiego załadunku i formowania kolumny wozów na drodze. Nie było możliwości stawiania oporu ani bagatelizowania wojskowych rozkazów. Nie było ani jednej rodziny, która zostawiła by w domu święte obrazy i modlitewniki. Zbliżał się czas wyjazdu i czas największego płaczu. Każda rodzina na swój sposób żegnała się z tym co zostawiała: dom, zagroda, drzewa, krzewy. W każdym domu zostawał jeden lub dwa koty i gdzieniegdzie uwiązany pies, bo psów i kotów nie wolno było zabierać ze sobą.

            Żadna z rodzin nie wiedziała dokąd zostanie zawieziona i dlatego wszyscy po cichu modlili się o pomoc lub wzdychali do Boga prosząc o błogosławieństwo na dalszą nieznaną dolę. Wczesnym niedzielnym popołudniem kolumna wysiedleńców ruszyła przez wieś z wielkim płaczem i krzykiem. Nie łatwo było zostawić ojcowiznę, dom i dorobek życia, majątek gromadzony przez dziadów i ich przodków. Ciężko było odchodzić z rodzinnego gniazda- bliskiego i szanowanego przez wieki. Wieś długa, a teraz przy każdym domu jeden lub dwa wozy drabniaste i całe rodziny – dziadkowie i babcie, ojcowie i matki, bracia i siostry, czasem stryj lub wuj, stryjenka lub ciotka- wszyscy pełni smutku i żalu, nie znajdywali odpowiedzi na pytania: za co Boże taka krzywda?, za co taki los? Dokąd nas wiozą?!

            Została tu ojcowizna, dom rodzinny, bliskie sercu góry i lasy, rzeki i potoki. Zostają zamknięte na razie dwie cerkwie w obydwu wsiach, ale nikt nie wie na jak długo. Zostają jeszcze pootwierane wszystkie domy, obory, stodoły i spichlerze wypełnione różnymi sprzętami. Zostają pola zorane, zasiane i zasadzone, na których już wszystko się zieleni, a ich właściciele tylko z jednym lub z dwoma drabniakami muszą zostawić wszystko i jechać w nieznane jak przestępcy, jak skazańcy, bandyci, ale na pewno niewinni, pokrzywdzeni przez los, wypędzeni na nieznaną obczyznę. Zostają też po dwa cmentarze pełne krzyży i kości najbliższych- dziadków, rodziców, bliskich i znajomych. Jak na razie to tylko oni zostali na swoim i to na wieki. Większość traktowała tę straszną krzywdę jak wielką pomyłkę, którą być może władze szybko naprawią i pozwolą wrócić jeszcze na Łemkowynę.

            W Izbach tej niedzieli zostało jeszcze pięć rodzin. Byli to Kuncik Jan, „za wodą”, zostawili Rydzyka Władka i Kwokę Teodora. W środku wsi zostawili księdza Dymitra Chylaka i z nim Juszczak Klaudię (4 osoby), która służyła na plebanii. Spośród tych, których pozostawiono jedno jest jasne- ksiądz znany łemkowski działacz, cieszący się dużym autorytetem pośród swoich parafian musiał być od mieszkańców Izb oddzielony. Ponadto zależało im na tym aby w  kaplicy prawosławnej wszystko pozostało na swoim miejscu. Dobrze wiedzieli, że taki duchowny jak o. Chylak nie pozwoli nikomu ruszyć majątku cerkiewnego, z mozołem gromadzonego przez parafian. Była to decyzja na pewno korzystna dla władz. Trudno jednak domyślić się z jakiego powodu pozostawiono kilka rodzin. Wojsko miało swoje plany i swoją politykę, ale żeby zostawiać akurat te wybrane rodziny, tego nikt nie umiał wyjaśnić. Zdaje się, że było to zwyczajne pierwsze rozdzielanie rodzin, bo dalszy podział miał miejsce później po drodze, na stacji w Gorlicach i dalej w powiatach Dolnego Śląska o czym wtedy jeszcze nikt nie miał pojęcia. Wróćmy jeszcze do Izb.

            Długość kolumny wozów, miejscami przeplatającej się z wozami wojskowymi sięgała czterech kilometrów. Zaczynała się pod Banicą, a kończyła w środku wsi. Najbardziej drażliwe były te momenty, kiedy jednych wypędzano, a inni bocznymi dróżkami i ścieżkami pchali się już do wsi na rabunek. Zabierali co komu było potrzebne, od rzeczy małych aż po maszyny. Zabierali jak swoje bez żadnego zastanawiania się nad krzywdą ludzi wypędzanych.

            Do stacji kolejowej trzeba było jechać kamienistą drogą przez Śnietnicę, Brunary Wyżne i Niżne, Florynkę, Konclową, Grybów, Ropę, Szymbark, Ropicę Niżną aż za Gorlice na stację towarową. W sumie było to prawie pięćdziesiąt kilometrów. Jadąc tą drogą do Grybowa trzeba było aż siedem razy przekraczać rzekę Białą, która przypominała się ludziom już od samej wsi i jakby odprowadzała znajomych jej mieszkańców gdzieś w nieznane. Po wojnie jeszcze nie wszystkie mosty zostały odbudowane, a wysiedleńcy dobrze wiedzieli jak przeprawiać się przez Białą , bo nieraz im się to przytrafiało. Ta długa i ciężka droga wryła się w pamięć wszystkich starszych ludzi, najpierw z Izb, potem z Bielicznej, później z Banicy i Ropek, bo wszyscy zostali wywiezieni tej samej niedzieli.

            W każdej wsi  od niedzielnego południa aż do poniedziałkowego poranka, przez całą noc niebo nie było łaskawe dla wysiedlanych. Padało cały czas kiedy pokonywali pięćdziesięciokilometrową drogę na stację kolejową. Łamały się i psuły drewniane wozy na tych pierwszych kamienistych odcinkach drogi wiodącej do Grybowa, z tego powodu w przydrożnych rowach porzucano sporo sprzętów. W czasie tej podróży płakali tylko ci, którym jeszcze nie zabrakło łez, za to niebo ciągle płakało za wszystkich. Ani wojsko, ani ludzie nie chcieli odpoczywać mimo kłopotów jakie sprawiało nieposłuszne bydło i owce w trakcie tej długiej podróży.

            Najciężej było na drodze wiodącej przez polskie wsie, na odcinku od Grybowa do Gorlic, gdzie trzeba było bardzo wszystkiego pilnować, a szczególnie krów i owiec. Kradzieże zdarzały się na każdym kroku, kradziono wszystko. Kto nie pilnował swojego – stracił nie jedno. Nikt tych strat nie próbował oszacować, ale wspomina się o tym do dziś. Jeden gospodarz- Durniak prowadził na postronku swoją krowę- żywicielkę jego rodziny, a kiedy w nocy, na drodze, pociągnął za powróz krowy już nie było. Kto w nocy, w cudzej wsi i w dodatku w deszczu odważył by się szukać krowy?

            W Gorlicach na stacji towarowej było jeszcze gorzej- pełno bagaży, bydła i ludzi. Na dodatek wszędzie straszne błoto, ludzie i zwierzęta brodzili w nim po kostki przez kilka dni, bo trzeba było poczekać na wagony towarowe. Nie było tam wesoło, wszędzie wielki płacz i krzyk, bo urzędnicy Państwowego Urzędu Repatriacyjnego (PUR) zaczęli rozdzielać wsie, rodziny, sąsiadów i znajomych do transportów zmierzających do różnych miejscowości- nieznanych dla wysiedleńców.

            Po upływie dwóch dni, a nieraz nawet po dłuższym okresie oczekiwania przychodził czas załadunku do wagonów towarowych. Z tych czterech miejscowości (Izb, Bielicznej, Banicy i Ropek), wysiedlonych w niedzielę, jako pierwsze załadowano siedem rodzin z Izb razem z dwudziestoma dwoma rodzinami z Bielicznej, Ropek i Małastowa, które transportem nr P-212 w dniach 10-14 VI 1947 r. zawiezione zostały na stację w Głogowie.

            Następnego dnia załadowano sześćdziesiąt trzy izbiańskie rodziny i kilka innych rodzin z Wapiennego, które odprawiono transportem nr P-214 w dniach 11-14 VI 1947 r. na stację w Legnicy.

            Tego samego dnia na stacji w Gorlicach ładowali do wagonów wieś Banicę razem z innymi wsiami, które transportem nr P-218 odprawiono na stację w Środzie Śląskiej.

            Tych, których pozostawiono we wsi: dwie rodziny w Bielicznej i pięć w Izbach, wysiedlono dwa tygodnie później, rozdzielono i wywieziono z innymi wysiedleńcami transportem nr P-246 w dniach 21-25 VI 1947 r. do stacji Gorzów. Księdza D. Chylaka i rodzinę Juszczaków wysiedlono razem z Piorunką i odtransportowano do stacji Szprotawa.

            Do wagonów ładowano różnie, zależało to od wielkości rodzin, dwie- trzy, a nawet cztery rodziny. Na przykład w jednym z takich wagonów jechały rodziny Durniak, Sycz, Gabera, Leńko, które musiały przebywać w takich warunkach cztery dni. Ludzie ładowani byli razem z bydłem i owcami. Narzędzia i maszyny ładowano na wagony- platformy. Wieziono ich pod specjalnym nadzorem dniami i nocami na zachód Polski. Transporty zatrzymywały się wyłącznie na mniejszych stacyjkach towarowych, gdzie można było skosić trochę trawy albo wziąć wcześniej już przygotowaną, dostać trochę siana dla bydła. Na takiej stacji można było też nabrać wody aby napoić inwentarz żywy i wody do picia dla ludzi, chociaż w wagonach nie było możliwości przegotowania wody. Do picia było mleko od krów. Niektóre z rodzin nie były kompletne, bo brakowało tych, którzy wcześniej zostali aresztowani.

            Na stacji w Oświęcimiu niektóre z rodzin skierowano na szczepienia lub przesłuchania, po których zdarzało się rozdzielanie rodzin. Urząd repatriacyjny w Gorlicach nie wydawał ludziom żadnych dokumentów przesiedleńczych. Dokumenty te wieźli ze sobą konwojenci jadący z transportem, którzy później przekazywali je do Urzędów PUR w powiatach zachodnich. Przeważnie po trzech albo czterech dniach transporty docierały do stacji docelowych, tam odstawiane były na boczny tor pod rampę. Tam trzeba było wszystko rozładować i zaprząc konie, byki lub krowy do swoich wozów. Na miejscu było też więcej aut ciężarowych do rozwożenia wysiedleńców.

            W Legnicy rodziny zostały rozwiezione do dwudziestu wiosek, najwięcej do Mikołajowic, Księginic, Wądroża, Strachowic, Legnickiego Pola i innych miejscowości. Tam czekały na nich najczęściej murowanie i porozwalane domy bez drzwi, okien i wszystkiego co było potrzebne do życia i zamieszkania. Niektóre rodziny zanim wyremontowały przydzielone domy stawiały w podwórzu prowizoryczne paleniska na cegłach żeby przy nich gotować i suszyć odzież i obuwie.

            Przez kilka tygodni wysiedleńcy musieli żyć tam, gdzie ich zawieziono, ale nie chcieli robić tego, co im kazano. Tak było w Księginicach, gdzie nikt nie podpisał zgody na prace w PGR, dlatego że w Izbach musieli zostawić swoje zasiane i zasadzone pola. Nie chcieli pracować na dzwonek- od godziny do godziny. Chcieli pracować, bo musieli jakoś żyć, ale tylko na swoim. Chcieli pracować za pieniądze, za zboże albo ziemniaki. Niektórzy pamiętają, że nieraz trzeba było pracować w zamian za żywność żeby jakoś przeżyć albo pracować za dwa kilogramy zboża. Byli i tacy, co woleli zbierać po ściernisku kłosy, bo lepiej na tym wychodzili. Po kosiarkach mechanicznych marnowało się dużo zboża.

            Było i tak, kiedy wysiedleńcy nie chcieli pracować w PGR- ach, to karbowy chodził po wsiach i zakazywał przyjmowania ich do pracy. O pracę było bardzo ciężko, bo krążyły pogłoski, że wysiedleńcy to banderowcy, którzy na kresach mordowali Polaków. Ta opinia przylgnęła do nich na lata, do momentu aż zdołali przekonać swoich sąsiadów, do tego że te pogłoski są nieprawdziwe. Gdzieniegdzie tylko pokutuje to do dziś i dlatego niektórzy ludzie ze strachu szybko utracili swoją odrębność i tożsamość.

            Wysiedlenie ludności łemkowskiej miało miejsce dwa lata po wojnie, wtedy na ziemiach odzyskanych było już wielu osadników polskich ze wschodu i Polski Centralnej, którzy już dawno zdążyli zająć prawie wszystkie lepsze gospodarstwa. Zostały tylko wielkie poniemieckie zabudowania (domy, stajnie, stodoły) i folwarki. Osadnicy w powiecie legnickim zaczęli rozglądać się po okolicy i zmieniać swoje pierwsze miejsca zamieszkania. Szukali swoich rodzin i znajomych choć było to zakazane.

            W Mikołajowicach zostało kilka dużych gospodarstw (jak folwarki), w których osiedliło się początkowo piętnaście rodzin, a po dwóch latach przeniosły się tam inne rodziny, trochę z Księginic i innych wsi aż ostatecznie zamieszkało tam ponad dwadzieścia rodzin. Do dziś zostało tam tylko około dziesięciu izbiańskich rodzin. Nastał czas wielkiej migracji młodych ze wsi do miasta, a najstarsze pokolenie przeniosło się na wiejskie cmentarze.

            Starsi wysiedleńcy wspominają jeszcze jakie było ich życie na początku, kiedy to piechotą chodzili z masłem, serem i mlekiem na targ do Legnicy. W 1948 roku również pieszo szli do cerkwi w Zimnej Wodzie święcić pokarmy na Wielkanoc. Chociaż było to dwadzieścia i więcej kilometrów nie było to dla nich niczym nowym, bo w górach pieszo chodzili do Krynicy – 12 km, do Grybowa- 27 km i do Gorlic – 35 km. Dawno temu było jeszcze wiele innych dobrych i przykrych zdarzeń. Wysiedleńcy nosili swoją dziwną odzież i obuwie i tak paradowali po drogach wiodących do cerkwi w Legnicy. Rozmawiali w swoim języku ojczystym mało zrozumiałym dla sąsiadów przez co nazywano ich Ukraińcami chociaż ich język w ogóle do ukraińskiego nie pasował.

            Raz na targu w Legnicy jedna Polka chciała kupić od Łemkini małe dziecko. Uparła się tak bardzo, że aż mężczyzna z innego wozu musiał ją pogonić batem. Innym razem na targowisku  kilku wysiedleńców pochodzących z różnych wsi zaczęło wymieniać się wspomnieniami i przeżyciami w języku ojczystym. Nie spodobało się to legnickim inwalidom wojennym, których pełno było na targu, zaplanowali napaść i pobić wysiedleńców swoimi kulami.

            Po wsiach nie było spokoju. Byli tacy, co chcieli zaczepiać i napadać na spokojnych wysiedleńców, nie brakowało też takich, którzy chętnie wzięli by udział w kłótni lub bójce. Wysiedleńcy mieli zakaz organizowania we wsi wszelkich zgromadzeń, sołtysi rozganiali i ostrzegali, że doniosą na milicję, co na pewno i tak często robili bez ostrzegania kogokolwiek.

            Opisane zostały tutaj tylko niektóre fragmenty wspomnień ciężkiej doli wysiedleńców z lat 1947- 1957 z tego względu, że nie ma możliwości opisania tego, co najstarsi z nich przekazali swoim dzieciom.

Międzynarodowy Dzień Tańca

Taniec współczesny, nowoczesny, towarzyski, ludowy, tradycyjny – dziś każdy styl taneczny obchodzi swoje święto! A my z tej okazji przedstawiamy Wam naszą Koleżankę – Tancerkę, Oliwkę Niepsujewicz ze Szkoły Tańca „Athina”. Ta skromna i niezwykle pracowita dziewczyna wchodząc na parkiet sprawia, że nie daje się od niej oderwać wzroku. W wieku 13 lat osiągnęła już klasę B, a z okazji dzisiejszego święta zgodziła się udzielić nam wywiadu.

Kartka z kalendarza 29-04-2016
czytaj więcej

Galerie